Wszystkie dzieci są zdolne – recenzja

Znalazłam tę książkę nudząc się potwornie podczas odwiedzin u mojej mamy, w rodzinnym domu. Już nie pamiętam kiedy to było (na pewno nie dalej niż 2 lata temu), ale pamiętam, że stała sobie na półce wśród atlasu roślin i leksykonu tak starego, że strach dotknąć, żeby się nie rozleciał. Zapytałam, czy mogę pożyczyć i tak oto znalazła się u mnie: „Wszystkie dzieci są zdolne” z dopiskiem: „Jak marnujemy wrodzone talenty” autorstwa niemieckich autorów: Geralda Huthera i Uliego Hausera.

Co ja sobie myślałam?

A myślałam bardzo wiele i niewiele jednocześnie. Między innymi uparcie wierzyłam, że wszystkie książki o tym jak należy wychowywać dzieci to pic na wodę, że ktoś próbuje mi wcisnąć swój model wychowania dziecka. A to przecież moje dziecko i moja intuicja w zupełności wystarczy, żeby wychować człowieka. Sama nie wiem, co mnie podkusiło, żeby jednak coś z tej literatury przeczytać. Chyba skusił mnie tytuł, bo przecież nie chciałabym za nic w świecie, żeby talenty moich dzieci zostały zmarnowane i to jeszcze przeze mnie!

Myślałam też, że:

  • mój dwu i pół letni syn już dawno powinien robić na nocnik wszystko to, co się na nocniku robi;
  • mój dwu i pół letni syn już co najmniej rok temu powinien ładnie jeść łyżeczką, bez kapania i rozlewania;
  • to dobrze, że mój ośmioletni syn w szkole ma zajęcia na tabletach. W ogóle nie przeszkadzały mi zdania typu „Dzisiaj nie byliśmy na spacerze, ale programowaliśmy ozoboty”;
  • presja na czytanie dzieciom jest mocno przereklamowana (tak myślałam! przez ostatnie dwa miesiące kupiłam dzieciom więcej książek niż przez ostatnie 5 lat!);
  • mój starszy syn powinien być dobry ze wszystkiego. Tak szczerze, przecież chodzi do nauczania początkowego! Co to za filozofia trochę dodawania, słówka z angielskiego i nauka wierszyka? Co z nim jest nie tak, że nie przynosi do domu samych piątek?

Zmieniło się wiele

Po przeczytaniu tej książki w życiu mojej rodziny zmieniło się bardzo dużo. Czytamy o wiele, wiele więcej. Czytamy razem, czytamy na głos, czytamy bawiąc się w naśladowanie i głosy. Śpiewamy razem piosenki i tańczymy znacznie więcej. Siedzimy po za domem, kiedy tylko jest okazja. Kiedy mój synek przynosi mi na koc 5 patyków, to już nie rzucam ich w krzaki krzycząc: „Co mi tu znosisz? Popatrz, nabrudziłeś!”. Albo kiedy na spacerze stoimy dwadzieścia minut, bo mój syn ogląda mrówki – to stoimy i oglądamy mrówki! Zakupy, obiad i cały świat może na nas poczekać. Teraz mrówki są najważniejsze. Kiedy mój ośmioletni syn znika ze znajomymi już nie patrzę przez okno wiecznie kontrolując co oni tam robią. Pozwalam mu na intymność i własne nawiązywanie znajomości. A bluzkę pobrudzoną od soku, farby albo obiadu przecież można wyprać bez narzekania. Nie róbmy afery z tego, że dziecko się pobrudziło.

Ja – dziecko idealne

To ze mną było coś ewidentnie nie tak. Ja byłam dzieckiem „grzecznym”. Nie brudziłam się, cicho siedziałam w kościele, miałam same piątki ze wszystkiego, wołałam siusiu i chodziłam jak miałam roczek. Nie przeszkadzałam dorosłym i powoli cegiełka po cegiełce budowałam swój własny, bezpieczny świat, w którym mogłam się zamykać. Miałam wymyślonego przyjaciela i dużo się razem bawiliśmy. Oczywiście grzecznie i bez hałasowania. Powoli dociera do mnie to, że strach przed zapytaniem obcego o drogę, umówieniem się do fryzjera, albo wejściem do sklepu, w którym nigdy wcześniej nie byłam, wynika z tego, że nie miałam we wczesnym dzieciństwie żadnego kontaktu z rówieśnikami. Nie bawiłam się na placu zabaw i nie miałam koleżanek, z którymi chociaż raz spotkałabym się po za szkołą lub przedszkolem.

Kiedy pierwszy raz udało mi się namówić mamę na wyprawienie mi urodzin zapraszając „obcych” do naszego domu – było strasznie dziwnie i zachowywałam się bardzo nienaturalnie. Nie do końca nawet wiedziałam co z nimi robić lub jak rozmawiać. W efekcie walnęłam straszną gafę i zrobiłam przykrość moim gościom. W końcu to było nasze pierwsze spotkanie po za szkołą.

Moja mama, kiedy dostawała niechciane prezenty, to wydawała je dalej innym – tak i ja zostałam nauczona. Rozpakowałam na tych urodzinach porcelanowego słonika. Zostałam nauczona też, że takie „bibeloty” to tylko zbieracze kurzu i ogólnie do życia nie są przydatne. Więc zamiast szczerze się z prezentu ucieszyć, albo (na litość boską!) chociaż nieszczerze ucieszyć… to powiedziałam: „Hmm… nie potrzebuję tego, ale to może komuś wydam na urodziny”. Rozumiecie to? Dziś jest dla mnie nie do pomyślenia, że mogłam coś takiego zrobić! Pieką mnie policzki nawet jak to piszę, chociaż miało to miejsce dwadzieścia lat temu! Ale co się dziwić, skąd miałam wiedzieć, jak się zachować? Pierwsze kontakty popołudniowe ze znajomymi zaczęłam mieć mając dopiero około czternaście lat – chyba trochę późno, co?

Zrobię wszystko po swojemu

Nie chciałam, żeby moje dzieci miały tak samo. Nie chciałam, żeby kisiły się tylko we własnym towarzystwie bez kontaktu z rówieśnikami. Nie chciałam, żeby jedyny pogląd na świat jaki znają, to był ten wyuczony w naszym domu. Chciałam, żeby poznawali różnych ludzi, o różnych zdaniach i spojrzeniu na świat, ludzi inaczej wychowanych. Uciekłam więc ze wsi do małego miasteczka, co było moją najlepszą decyzją w życiu. Oczywiście srałam pod siebie ze strachu opuszczając dom rodzinny. Całe życie wmawiano mi, że bez rodziców i rodziny sobie nie poradzę. Ba! Zostałam nawet poinformowana, że jak tylko się wyprowadzę, to moje małżeństwo się rozpadnie! Ponoć mąż i żona, jak są sami z dziećmi, to od razu się kłócą i rozwodzą. Tylko obecność pozostałej części rodziny w ich życiu pozwala na utrzymanie związku. Niesamowita bzdura, prawda?

Całe życie uczono mnie: „A po co to robisz?”, „Na co ci to?”, „Musisz tam jechać?”, „Warto ci?”, „A nie lepiej jakbyś siedziała w domu?”. Otóż najlepiej na świecie jest mi tu i teraz! Powoli, powoli dochodzę do tego ile z pewności siebie i poczucia własnej wartości odebrali mi moi rodzice. Sama siebie uderzyłam w twarz i oświadczyłam, że nie chcę zrobić takiej krzywdy moim dzieciom. Nie chcę, żeby moja córka bała się umówić do fryzjera, albo pójść na fitness tylko dlatego, że „nikogo tam nie znam i nie wiem, gdzie jest szatnia”.

Główna przegrana w konkursie: „Kto ma lepsze dziecko?”

Od samego początku mojego macierzyństwa strasznie natomiast denerwowało mnie, kiedy spotykałam kogoś znajomego na ulicy i zaczynał się temat dzieci. „A ile już ma?”, „Robi na nocnik?”, „Mówi już?”, „A chodzi?”, „Czy siedzi?” – i same pytania pół biedy, ale zazwyczaj później pojawia się sekwencja: „Mój w tym wieku już chodził”, „Mój już dawno robił na nocnik.”, „Ale to, że Twój syn mało mówi, to ewidentnie coś z nim nie tak, mój w tym wieku to mówił całymi zdaniami”. I co z tego? Nie wspominając już o tym, że absolutnie nic mnie to nie obchodzi, kiedy czyje dziecko srało w wyznaczone miejsce, to do furii od zawsze doprowadza mnie ten wyścig szczurów wśród matek! Dzieci nie mają możliwości rozwijać się w swoim tempie. Rodzice nie pozwalają im poznawać świata w sposób, jaki najbardziej im się podoba i jest dla nich optymalny, bo:

  • matka niszczy mu kręgosłup sadzaniem i obkładaniem półrocznego dziecka poduszkami – bo powinien już siedzieć;
  • mama ze strachu co powie koleżankom na osiedlu, jeśli jej dziecko nie „przechodzi roczku” stawia je na nogi i ciągnąc za ręce do góry zmusza do chodzenia;
  • matka uziemia na dwie godziny dziecko na nocniku czekając aż przypadkiem poleci siku, żeby zadzwonić do swojej teściowej i powiedzieć: „mój już robi do nocnika, oduczamy pieluchy”.

Otóż mój syn zaczął siadać sam i raczkować w okolicach roczku. Zaczął chodzić sam, bez niczyjej pomocy mając około 16 miesięcy. Ma 30 miesięcy i nadal nie woła siku ani kupy. Czytamy książeczki, wie gdzie leci „E-E” i skąd się bierze „E-E”, ale jakoś nie ma potrzeby robienia tego w inne miejsce niż pielucha – i dobrze! Znaczy może nie do końca „dobrze”, ale przynajmniej „bez różnicy mi to”, albo „mam cierpliwość, poczekam aż będzie gotowy”. Dostrzegam w nim za to całe mnóstwo innych bardzo ważnych elementów rozwoju. Buduje niesamowite budynki z klocków, potrafi godzinami sam bawić się autami, jest niesamowicie zafascynowany piaskiem i robakami. Doskonale radzi sobie jedząc bez użycia sztućców! Jest prawdziwym cudem – jak każde dwuletnie dziecko. Jest także głośny, rozbiegany, roześmiany i wszędzie go pełno – to chodzący ideał. Nawet jeśli jest ideałem z kupą w pampersie.

Wszystkie dzieci są zdolne – recenzja

O czym jest ta książka – może w końcu powiem coś o tej książce. Książka jest o tym, że szkolnictwo i rodzice jadą po dzieciach jak kosiarką po trawniku wyrównując wszystkie zdolności, talenty i fascynacje dzieci do optymalnego poziomu dla wszystkich. Otwiera oczy na to, co rzeczywiście z dziećmi powinniśmy robić i jak nawiązać z nimi relacje. Pomaga zrozumieć, że dzieci „trudne”, „niegrzeczne” i „krnąbrne” to te najfantastyczniejesze dzieci z gigantycznym potencjałem, których nie powinna niszczyć szkoła i nauczyciel, dla którego nasze uzdolnione, żywe i ciekawe świata dziecko jest „przeszkadzające innym”, „pyskate” i „zbyt ciekawskie”.

Zazwyczaj w recenzjach padają słowa: „przyjemna i dobrze się czyta” albo „wartościowa i napisana przystępnym językiem”. Nie mam pojęcia jak opisać tę książkę, bo nigdy nie czytałam żadnej innej książki o wychowywaniu dzieci. Wiem tylko, że przypadkiem sięgnęłam akurat po tę, która zmieniła w życiu mojej rodziny bardzo wiele. Sięgnęłam po taką, którą bez wahania pożyczyłabym w parku koleżance do przeczytania. Sięgnęłam po taką, którą polecam też Wam. W sumie to nawet sam tytuł jest warty do zapamiętania: Wszystkie dzieci są zdolne.

Fragment na zachętę

No Comments

Post a Comment