jak radzić sobie z niską samooceną

Jak radzić sobie z niską samooceną? Przecież bycie mamą jest pełne sukcesów!

Od kiedy jestem mamą, pytanie, czy jestem wystarczająco dobra, prześladuje mnie każdego dnia. Czy aby na pewno daję z siebie wszystko i czy czasami wręcz nie daję z siebie zbyt wiele? Zdarzają się takie wieczory, kiedy dzieci już słodko śpią, a ja płaczę sobie w poduszkę. Analizując w głowie cały dzień w końcu dochodzę do wniosku: Julia, jesteś absolutnie do bani i nigdy nie powinnaś zostać matką! Wykończona tymi wahaniami nastroju, po 9 latach od zostania matką, chyba w końcu wymyśliłam jak radzić sobie z niską samooceną jako matka?

Planner pełen sukcesów

Tworząc zeszyt z planami i pomysłami co do bloga, kanału na YouTube i moich udziergów zrobiłam w nim specjalną stronę. Nagłówek głosił: „Jestem z siebie dumna, bo…”. Postanowiłam tam wpisywać wszystkie moje osiągnięcia, skończone projekty i małe sukcesy.

Podczas webinaru: „Ja i moja samoocena mamy się cudownie” Ola Budzyńska, Pani Swojego Czasu, wspomniała między innymi o metodzie budowania samooceny poprzez używanie Słoika Sukcesów. Czyli o stworzeniu miejscu, gdzie wkładamy karteczki ze swoimi sukcesami, by zaglądać tam w trudnych chwilach. Ucieszyłam się przepełniona dumą, bo mam przecież takie miejsce i nawet sama na to wpadłam! Ale jak dłużej o tym pomyślałam, to uznałam, że nie zorganizowałam sobie miejsca na wpisywanie moich sukcesów jako matka. A przecież takie też mam na koncie.

Notes prosto z nieba

Jak na życzenie na Instagramie Magda z Mommy Planner zorganizowała konkurs, w którym nagrodą był Mommy Notebook. Jest to pięknie wykonany notes w tekturowej oprawie ze złotymi zdobieniami. Warunkiem uczestnictwa w konkursie było napisanie w komentarzu odpowiedzi na pytanie: „Do czego wykorzystałabyś ten notes?”. I wtedy mnie olśniło! No przecież! To będzie doskonałe miejsce na moje matczyne sukcesy i sposób na radzenie sobie z niską samooceną!

Czym jest dla mnie sukces?

Starszy syn dostał piątkę. Młodszy syn sam schodzi po schodach. Córka chwyta zabawkę. – to wszystko są sukcesy moich dzieci, a nie moje. Zatem, co jest dla mnie sukcesem? Jako matczyny sukces traktuję wszystkie sytuacje, w których nie straciłam głowy. Wszystkie kryzysy, z których wyszłam cało. Wszystkie problemy, którym stawiłam czoła. Każdy dzień, w którym „cholera mnie nie wzięła”.

Przykład? Niedawno odbył się w moich rodzinnych stronach mały zjazd rodzinny. Ledwo goście się zeszli, to mój młodszy syn zadecydował, że chce coś zjeść. A że jest dzieckiem kabanos-bułka-pomidorowa, to nie za bardzo rozumiał czemu na talerzyku ma sernik. Normalnie nie jemy takich słodkości w domu, więc mój mały zrobił widelcem na talerzyku retrospekcję jak wyginęły dinozaury i się rozpłakał, bo ostatecznie jedzenie okazało się być niedobre.

Mój mąż wpadł na pomysł, że skoczy mu po jakieś zwykłe herbatniki do sklepu i wyszedł z restauracji. A syn widząc wychodzącego ojca dostał furii. Zaczął płakać i krzyczeć tak głośno, że obudził moją córkę, która jeszcze chwilę temu grzecznie spała w wózku, a teraz przerażona darła się wniebogłosy. Moja siostra bezskutecznie próbowała ją uspokoić. Tymczasem syn kładł się po podłodze przybierając konsystencję nieuchwytnej, lekko ściągniętej, ale nie do końca zastygłej galaretki.

I teraz mała analiza tła sytuacji – moi rodzice mają troje dzieci i dziesięcioro wnucząt. To był sam początek uroczystości. I tylko moja dwójka zaprezentowała się w pełnej gamie dźwięków i możliwości… Po najdłuższych dwóch minutach pełnych płaczu i wrzasku udało mi się uspokoić syna zagadując i pokazując obrazki w książeczce. Jak tylko przestał płakać, zabrałam córkę do pokoju obok, żeby ją nakarmić. Ale chyba bardziej po to, żeby zapaść się pod ziemię. I spokojnie popłakać. A przecież mi się udało. Zapanowałam nad totalnym chaosem i to w miarę krótkim czasie. I to zupełnie sama.

Uznaję jako sukces również to, że udało mi się z całą moją trójką dzieci zrobić zakupy. To jest dla mnie nie lada wyczyn, bo normalnie unikam sklepów z dziećmi jak ognia.

No i są dni, kiedy zrobienie zupy też jest wyczynem. Czasami dzieci płaczą i krzyczą, i non stop czegoś chcą. Zrobienie siku jest wyzwaniem, a co dopiero zjedzenie czegokolwiek. I jeśli w taki dzień wyjdziemy na spacer, albo uda mi się zrobić obiad, to jestem z siebie strasznie dumna.

A po co to zapisywać?

Bo są dni, kiedy nie jestem z siebie dumna. Kiedy puszczą mi nerwy. Kiedy nie mam cierpliwości przez dwadzieścia minut oglądać robaków na drzewie. Są dni, kiedy odeślę starszego syna do pokoju, bo nie mam już cierpliwości odpowiadać na dokładnie te same pytania szósty raz w tym tygodniu (a mamy dopiero wtorek!). Są dni, kiedy totalnie sobie nie radzę, wszystko leci mi z rąk, a dzieci płaczą i ja płaczę, i piszę do męża, że mam już całkowicie dość. Mam ochotę wybiec z domu i biec tak długo, aż odpadną mi nogi.

Wtedy wieczorem czuję się jak kupa. Dzieci już śpią, a ja siadam na łóżku i uważam, że nie ma na świecie matki gorszej niż ja. Krzyknęłam. Olałam. Zabrakło mi cierpliwości. Myślę, że to jest ten moment, w którym powinnam chwycić za mój zeszyt z matczynymi sukcesami. Bo nagle może okazać się, że nie jestem taka całkowicie do dupy. Że nie jestem taka beznadziejna, jak mi się wydaje. Być może akurat tego fatalnego dnia krzyknęłam o wiele za głośno, ale nagle okazać się może, że w piętnastu podobnych sytuacjach byłam spokojna, opanowana i pełna cierpliwości. Z dwudziestu kompromitujących sytuacji wyszłam z twarzą, tylko akurat dzisiaj mi nie poszło – a to oznacza, że w 95% przypadków radzę sobie niesamowicie dobrze! Więc nie ma sensu przekładać jednej klapy ponad dwadzieścia sukcesów!

Każdy ma prawdo do gorszego dnia. Matka również, ale teraz znasz już co najmniej jeden sposób jak sobie radzić z niską samooceną i pracować nad zauważaniem ile fantastycznego potrafisz zrobić!

No Comments

Post a Comment